Od wczoraj słucham starych nagrań. Mam migawki z przeszłości. Ileż to się myśli przewala w głowie. Czasem czuję zapach lub smak czegoś, czego nie widziałam lub nie jadłam od lat.
Ale mam za to swój patent na zupę pieczarkową i nie ma prawa nie wyjść, zawsze wychodzi!
Krótki przepis:
kilka pieczarek obranych i umytych trzeba pokroić na plasterki, do tego dwie średnie cebule, też kroimy, potem w garnku (nie na patelni) rozpuszczamy masło i trochę oliwy lub oleju, wrzucamy pieczarki i cebulę, dusimy pod przykryciem. Dodajemy do smaku warzywko lub sól z pieprzem. Potem do garnka wlewamy bulion (może być w kostce), tak około pół litra lub ciut więcej, bo część wody wyparuje (zawsze w końcu można dolać), obrane ziemniaki pokrojone w kostkę i włoszczyznę (najlepiej jedną średnią pietruszkę, marchewkę i mały seler w całości) tak gotujemy, aż ziemniaki będą miękkie. Do małej ilości zimnej wody wsypujemy jedno opakowanie zupy pieczarkowej i koziołkiem rozbijamy. Gdy warzywa się dogotują, wlewamy zupę i po kilku minutach, gdy zupa się zagotuje, wyłączamy i doprawiamy śmietaną. A potem wcinamy! Normalne palce lizać!
Tak więc wczoraj królowała pieczarkowa i film "Wimbledon" na kolację:)
A dziś za oknem zima, śnieg pada i mroźno. A ja już nie mogę się doczekać wiosny! Czekam z utęsknieniem!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz